Rap introwertywny, czyli rodzinny #hot16challenge

Pierwszy w życiu – bądźcie wyrozumiali 😉

Cały ten lockdown był dla mnie, i jest nadal, pewnego rodzaju transformacją. Nie byłam w stanie nic pisać, pozwoliłam sobie więc na przerwę i na to, żeby ta zmiana we mnie zachodziła. Niedawno jakieś twórcze mocy zaczęły we mnie odżywać. W wyniku zupełnie prywatnego, rodzinnego #hot16challenge stworzyłam ku własnemu zaskoczeniu powyższy rap i za namową bliskich postanowiłam jednak opublikować również tu. Bo w zasadzie czemu nie? 🙂

Dni Kobiet

Dzień pierwszy. 5 marca. Prowadzę panel na temat równości płci w ramach dorocznej konferencji na Dzień Kobiet, organizowanej przez moją firmę. Panel jest różnorodny: trzy kobiety i trzech mężczyzn z różnych stron świata, różnych działów i firm. Zastanawiamy co nie działa w dotychczasowych politykach i co można zrobić systemowo i indywidualnie by równość płci stała się faktem w świecie IT. Chcemy pokazać, że są nowe strategie, mówimy o niewidoczności kobiet, o koniecznym wsparciu ze strony mężczyzn. Sto pięćdziesiąt osób słucha, a potem zadaje całkiem trudne pytania o różnice w płacach i brak kobiet w zarządach. Bardziej świadoma część widowni trochę narzeka, że znów ktoś gadał to samo co zwykle. Też tak myslę, ale jestem równocześnie przekonana, że udało nam się też powiedzieć coś nowego i przynajmniej wszystkie ważne osoby w firmie są tego dnia z nami na sali. Nie można nas zignorować.

Dzień drugi. A właściwie noc. Olkusz, sobotni wieczór, siódmego marca. Siedzimy w trójkę i myślimy, że będzie jak zwykle. Ale tym razem nie ma żadnego z trójki dzieci moich gospodarzy, więc pada szalony pomysł żeby wyjść. Żadne z nich nie było na imprezie „w rynku” od czasów przed dziećmi, więc rozeznanie mamy słabe, ale wyzwanie padło – mimo deszczu i zimna uderzamy na miasto! Okazuje się, że wszystkie imprezownie są niedostepne bo Dzień Kobiet: zamkniete imprezy tylko dla kobiet. Tradycja mi nie znana. Zanim zaczęłam obchodzić dzień kobiet po feministycznemu, nie obchodziłam go w ogóle. W mieście takim jak Olkusz pozostały tradycje „pozakładowe”: kwiaty, sałatki, śledziki, wódeczki, teraz też densingi… albo striptizer! Wszystko tylko dla kobiet. W naszym gronie jest mężczyzna, więc odpadamy – kierujemy kroki ku rynkowej restauracji, w której piwnicach można też podobno potańczyć. Osadzamy się przy stoliku nakrytym, jak wszystkie, świecącym obrusem z emblematami godnymi Wersalu i improziwujemy zakąski z menu, które zachęca raczej do trzydaniowego obiadu. Na sali sporo pań – girls night out w pełni!

Po kolejnej fajce, lekko już otumanieni, postanawiamy zejść do piwnic. Słychać mocny beat. Prosto ze schodów wpadamy na salę iście weselną – stoły w podkowę, kobiety w każdym wieku przy wódeczkach i sałatkach, a beat, teraz już wyraźnie przaśny, niezmiennie jednak porywający. Kuzyn krzyczy: „jeden taniec!” – nie mogę odmówić. Wirujemy w rytm disco i zatracamy się w kolorowych światełkach – dopiero pod koniec piosenki zdaję sobie sprawę z tego, że to raczej impreza zamknięta i na pewno tylko dla kobiet. Dziękujemy ukłonem za możliwość przyłączenia się do tej zacnej zabawy nawet na chwilkę, zbieramy rzeczy i dołączamy do reszty, zziajani i zachwyceni! Moglibyśmy w tym pozakładowo-weselnym stylu tak do rana – bohaterki dnia codziennego dają radę.

Dzień trzeci. Niedzielne popołudnie, Kraków, Muzeum Narodowe, ósmy marca. Jadę tramwajem, który jest pełny, również mężczyzn i początkowo cieszę się, że oni wszyscy, tacy młodzi na Manifę! Po chwili dostrzegam jednak szaliki w barwach którychśtam i wiem, że oni na stadion.

Dochodzę pod miejsce wyjścia krakowskiej, szesnastej już Manify, jednocześnie próbując umówić się z koleżankami co do dokładnego miejsca spotkania, oczekujemy tłumów. Niepotrzebna zapobiegawczość – pod muzeum jest mnóstwo miejsca i bez problemu znajduję znajome. Rozglądamy się wokół i wygląda jakby było tam może z dwieście osób. Grupka Manify otoczona przez banery z rozkrwawionymi zygotami i, nieodłączny już wszystkim tego typu imprezom, głos z megafonu monotonnie masakrujący nasze uszy wywodem o tychże zygotach kwilących w cierpieniach. Schodzi się coraz więcej ludzi, niewyraźnie słychać, że ktoś zaczyna przemawiać. Próbujemy podejść bliżej ciężarówki z nagłośnieniem, ale jedyne co słychać dobrze to „kwilące cztery godziny embriony”. Mam ochotę skandować „idźmy już stąd!”. W końcu ruszamy, na czele jedzie ciężrówka i zaczyna z niej płynąć wesoła muzyka, jest rytm, są mili ludzie, dużo tęczowych flag i kobiety w każdym wieku. Każdy z tych lewackich marszy ma tę podstawową zaletę, że czuję się całkowicie bezpiecznie wśród jego uczestniczek i uczestników i że panuje tam atmosfera uprzejmości i życzliwości. Patrzę na tęczowe flagi i zastanawiam się czy ruch kobiecy ma jakiś jeden symbol, jakąś flagę, tak jednoznaczną jak ta LGBT+. Poza hasztagiem metoo nic nie przychodzi mi do głowy.

W połowie Piłsudkiego stajemy, ktoś coś skanduje na czele, skandowanie nieśmiało posuwa się wzdłuż kolumny marszu i ucicha po paru razach. Ktoś znów przemawia, ale nadal nic nie słyszymy. Stanie wytraca energie tłumu, dzieci zaczynają się niecierpliwić, niektórzy muszą odejść na plac zabaw. W końcu ruszamy po raz drugi i znów zaczyna lecieć muzyka, podśpiewujemy Whitney Houston i bujamy się znowu w rytm. W okolicach UJ-otu z tłumu po naszej lewej wyłania się wyraźna grupa Hiszpanek i Hiszpanów, która zaczyna skandować coś po hiszpańsku. Jest ich może z dwanaście, ale ich rytmiczne wołanie rozlewa się w mig po grupce – jest zdecydowane i energiczne. Czuję duże wzruszenie, że są tu z nami, a potem wyborażam sobie taką manifę w Madrycie…

Pod Uj-otem wreszcie słyszę przemówienie lepiej niż płaczące embriony. Krzyczą, że prawa, że nie ma praw, że ciągle nie ma praw, a potem, że cześćichwałabohaterkom. Zastanawiam się którym bohaterkom i wyobrażam sobie te z wczoraj, leczące kaca przed telewizorem.

Pod Kurią znów słyszę liderki manify. So-li-darność na-szą bronią! Tramwaj. Cześćichwała-bo-ha-terkom! Kolejny tramwaj. I postulaty. Patrzę na Jana Pawła w złocie, spoglądającego na nas z okna ze swoim dobrotliwym uśmiechem. Chciałabym żebyśmy zaśpiewali mu  coś takiego, żeby już się tak nie uśmiechał.

Trochę już zmęczone, dwie z pięciu docieramy na Rynek, gdzie pod Adasiem będzie kolejne przemówienie. Chwilę patrzymy i decydujemy jednak nie zostać do końca, odbijamy do wegańskiej knajpy, zanim zjawi się tam cała reszta. Przemiły kelner zbiera od nas zamówienie, a po chwili przynosi po mini-goździku, przyjmujemy z uśmiechem.

Lewacko-wegański lokal z peerelowskim goździkiem w krakowskiej kamienicy – będziemy dyskutowały o polskim feminizmie, przy tych boczniakach z buraczkami.

A jak Wasz Dzień Kobiet?

Wyspa kobiet, czyli o „Portrecie kobiety w ogniu”

Ta historia mogła wydarzyć się tylko na wyspie. I tylko na takiej wyspie – otoczonej niespokojnym morzem, ogrodzonej klifami, smaganej zimnym wiatrem, dostępnej tylko przy dobrej pogodzie. Jedynie na takiej wyspie rozkwita powoli prawdziwa opowieść o kobiecie, snuta przez kobietę, ale z myślą o wszystkich, bo głęboka wrażliwość tej opowieści dociera do kobiet i mężczyzn, jeśli tylko odnajdą w sobie tę niemalże duchową perspektywę.

Ale zanim rozkwitnie, zanim wyspa uchyli drzwi do swojej tajemnicy, a bohaterki odkryją się przed sobą, przybywająca z daleka podróżniczka musi przepłynąć morze i przedrzeć się przez klify, obarczona tobołami i sztalugami, musi zostawić w tej podróży to, co ze świata zewnętrznego. Z każdą sceną, patriarchalny świat XVIII-ego wieku oddala się, znikają mężczyźni, znikają konwenanse i reguły, otwiera się natomiast przestrzeń do eksploracji tego czym jest kobieta, poza tym opresyjnym systemem, albo może pomimo niego?

Malarka Marianne przybywa na wyspę na zlecenie pani domu i matki Heloise. Ma wykonać pracę, która przypieczętuje los Heloise – namalować portret, który posłany zostanie do mężczyzny, za którego ma być wydana wbrew swojej woli. Drogi Heloise mogły być tylko dwie – klasztor albo zamążpójście i doświadczy ich obydwu, wyciągnięta z klasztoru przez rodzinę, po samobójczej śmierci siostry, która była pierwszą kandydatką dla kawalera z Mediolanu. Tyle jeśli chodzi o możliwości wyboru drogi życiowej – brzmi znajomo? Na tym to, co znajome się kończy, a rozwiera się przestrzeń, której nikt jeszcze nie opowiedział tak, jak Sciamma.

Im dłużej próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie kim może być kobieta, kiedy zdejmiemy z niej nakładkę kultury patriarchalnej, tym bardziej na pierwszy plan wydobywa się ciało. Ciało, jako to co zdecydowanie różnicuje doświadczenie świata kobiety i mężczyzny, ciało, któremu zwrócona zostaje jego świętość, zabrana przez wieki zawstydzania, krępowania i przemocy, ciało, jako to co nami kieruje, ale i to co nas ogranicza, wreszcie ciało, jako żywe świadectwo tego, że jesteśmy częścią tego materialnego świata, częścią przyrody i jej naturalnych cykli, których w kobiecie nie da się całkowicie stłumić. I choć „Portret kobiety w ogniu” można by opisywać na tysiąc różnych sposobów – o każdej scenie można stworzyć esej – to dla mnie esencją tej opowieści jest właśnie cielesność oraz wspomniana już wcześniej przestrzeń tylko kobieca.

Relacja Marianne i Heloise zacieśnia się równolegle do procesu malarskiego, który powstaje na początku w ukryciu i na zamówienie opresyjnego systemu, w którym przyszło im żyć, a później już otwarcie, w celu prawdziwego poznania. Im bliżej są bohaterki, im dalej jest świat spoza wyspy, tym bardziej prawdziwie siebie nawzajem widzą, ale też, a może przede wszystkim czują. Nieskrępowane i chwilowo wolne, zaczynają eksplorować swoją cielesność i Heloise przeżywa swoje pierwsze doświadczenie seksualne z Marianne. Ale jakie to jest doświadczenie! Życzyłabym sobie żeby wszystkie pierwsze razy wyglądały w ten sposób. Kobiety są całkowicie wolne, swobodne, uważne na siebie nawzajem, troskliwe wobec swoich potrzeb, zmysłowe w sposób jakiego w kinie nie widziałam nigdy, bo wolny od przemocy, od póz, od stereotypów i masek. Ich zmysłowość podnieca i zaprasza do świata seksualności oswobodzonej z męskiego formatowania, czy fantazji. Seksualność jest tu wyrazem bliskości, intymności, zaufania, radosnego podniecenia i chęci doświadczania drugiego człowieka; jest wyrazem budującej się swobodnie relacji i obopólnej fascynacji. I nie da się jej zamknąć w żadną „normatywność”. Żadna z kobiet nie jest tu zdefiniowana według naszych współczesnych, ciasnych norm seksualności, nie są ani homo, ani heteroseksualne, bo te podziały nie mają tu w ogóle znaczenia. Ich relacja prowadzi je do fizyczności – tak po prostu. Ta płynność seksualności wydaje mi się najbliższa naturalności i bardzo świeża, bo nie dająca się wpędzić w sztywne kategorie, w których ludzkie doświadczenie nigdy się nie mieściło.

Tak niezwykle, jak i piorunująco, przedstawia Sciamma kobiecą fizjologię na wolności – pulsującą tym samym rytmem co przyroda, z tej przyrody wyrastającą i korzystającą z niej w potrzebie. Młoda służąca – trzecia, cicha bohaterką opowieści jest tzw. prostą dziewczyną, najpewniej z okolicznej wioski. Pewnego dnia oznajmia Marianne w kuchni, że spóźnia jej się okres, na co ta zadaje tylko jedno pytanie – czy chce zatrzymać dziecko. Sophie odpowiada, że nie chce i na tym dyskusja się kończy. Kolejne poranki, trzy kobiety spędzą na poszukiwaniu ziół, które pozwolą na zakończenie niechcianej ciąży. By potwierdzić czy aborcja była skuteczna, udają się wspólnie do lokalnej zielarki, ta stwierdza, że zioła nie zadziałały, więc powracają do niej na „profesjonalny” zabieg. Nie ma dla mnie w tym filmie mocniejszej, bardziej przejmującej sceny: Sophie leży na łóżku w skromnym, wiejskim domu czarownicy, wokół pałętają się dzieci, Marianne i Heloise obserwują zabieg. Gdy zielarka aplikuje służącej ziołowe specyfiki widzimy twarz Sophie w nieprzyjemnym grymasie, a obok niej pełzającego niezdarnie po łóżku niemowlaka. Zamieram. Zamieram, bo to jest obraz życia w jego najtrudniejszej esencji. Niemowlę i aborcja w jednym kadrze, jedno obok drugiego, bez żadnego kontrastu, wręcz przeciwnie, jakby w odwiecznym tańcu życia i śmierci, bez ocen, po prostu. To może wydarzyć się tylko na wyspie, potajemnie, albo w nowej rzeczywistości, w której to kobiety decydują o tym co, z kim i kiedy.

Kobiety z wioski i nasze bohaterki gromadzą się pewnego wieczoru przy ogniu by śpiewać. Hipnotyczna, wielogłosowa pieśń, której słów nie rozumiem wyciska łzy i porusza we mnie najczulsze struny. Tam zapłonie suknia Heloise i taką ostatecznie uwieczni ją Marianne, dla swoich wyłącznie oczu. Potem dowiem się, że śpiewają Fugere non possumUciec nie mogę. Żadna z nich i żadna z nas nie ucieknie przed światem spoza wyspy, ale ta przestrzeń przy ogniu, na wyspie zawsze była i zawsze będzie i tę opowieść zawsze będziemy snuć.

Film Sciammy też pulsuje tak trochę pod powierzchnią świata kinematografii. Nominowany jest do wszystkich największych nagród filmowych: Złotej Palmy, Złotych Globów, prawie do Oscarów i za każdym razem zajmuje jakieś „drugie” miejsce. Jest tak świetny, że nie da się go zignorować, ale i tak opowieść pozostaje jakby na drugim planie. I tak chyba też jest z tą niepatriarchalną narracją o kobiecie – jest już tak silna, że nie da się jej ignorować, ale jeszcze nie jest na pierwszym miejscu. Dla mnie jest to absolutny numer jeden ubiegłego roku, jeśli nie dekady i z niecierpliwością czekam na kolejne dzieła tej nowej narracji.


Niespodzianka…

Adam jest 20-letnim pasjonatem kina. Byliśmy na „Portrecie” razem i wielokrotnie o nim rozmawialiśmy. Jego niezwykle wrażliwy i dogłębny odbiór filmu zainspirował mnie do nagrania z nim krótkiego wywiadu. Byłam pod ogromnym wrażeniem tego jak bardzo mu się ten film spodobał i jego męskiej perspektywy na ten obraz. Zresztą zobaczcie sami!

Joanna: Mówiłeś mi, że to jest Twój film roku 2019. Opowiedz co o tym zadecydowało.

Adam: On robi taką rzecz, moim zdaniem najważniejszą w kinie, czyli wykorzystuje zasadę show don’t tell, czyli zamiast mówić wprost w jakiej sytuacji są postaci, on to pokazuje – w taki sposób, że jesteśmy to w stanie zrozumieć. Los głównej bohaterki zależny jest od mężczyzn, od podejścia męskiego, od tego co zostało już dla niej zaplanowane, ale w filmie tak naprawdę nie ma mężczyzn. Pojawiają się w tle, w kilku scenach, ale nie odgrywają żadnej istotnej roli. Mniejsze wyczucie reżyserskie, słabszy reżyser mógłby wstawić tam po prostu mężczyznę, jako swego czarny charakter, który by np. rozkazywał i to by właśnie było takie mówienie wprost. A w tym filmie, czułem taki szacunek dla widza: reżyserka wierzy, że widz zrozumie tę historię. To jest coś, co bardzo cenię w filmach, a jednocześnie coś, co często jest łamane, często reżyser się boi, że widz nie do końca zrozumie co ma na myśli i zazwyczaj w trzecim akcie dosłownie stara się wypowiedzieć najważniejsze treści.

Jednocześnie też bardzo mi się podoba jak został przedstawiony romans głównych bohaterek. Moim zdaniem w bardzo tragiczny sposób, nawet bardziej niż można to początkowo odczuć oglądając film, bo problemem tego romansu nie było nawet to, że one musiały się rozstać, ale tak naprawdę to, że ciężko powiedzieć czy one siebie darzyły jakimś głębszym uczuciem, czy nie opierał się on na pożądaniu, na chęci przeciwstawienia się systemowi. Na cały ten romans bohaterki miały bodajże tydzień. Myślę, że całą tę historię dobrze pokazują odniesienia do mitu o Orfeuszu i Eurydyce, gdzie jedna z bohaterek stwierdza, że może Orfeusz specjalnie odwraca się, by spojrzeć na Eurydykę, bo chce mieć w pamięci jej idealny obraz, a niekoniecznie spędzać z nią dłuższy czas, czy życie, co spowodowałoby zepsucie tego idealnego obrazu. I to był dla mnie największy tragizm tego romansu -że ciężko powiedzieć czy to była prawdziwa miłość, czy poniekąd nie były nawet zmuszone do romansu, mimo, że on był takim symbolem ich buntu, można powiedzieć. Miałem poczucie, że one wchodzą w ten homoseksualny romans, bo nie mają nikogo innego z kim mogłyby w taką relacje wejść. Taki jakby przymus do miłości, mimo, że zewnętrznego przymusu nie było, takie ultimatum – jeśli nie zrobią tego ze sobą, to później nie będą już nigdy mogły czegoś takiego przeżyć, takiej chwili namiętności z własnej woli, to była jedyna sytuacja, kiedy są same i nikt tego nie zniszczy.

Poza tym oczywiście piękne zdjęcia, gra aktorska, ale nie chce mówić o banałach.

J: A jakie jeszcze tytuły pretendowały do tytuły najlepszego filmu 2019 w Twoim osobistym rankingu?

A: „Parasite” i „Lighthouse”. Trochę inne od “Portretu”. “Lighthouse” jest jakby odwrotnością tego filmu, bo mówi o mężczyznach, o problemach męskich.

J: To ciekawe, bo „Parasite” jest z kolei o kwestiach powiedzmy bardziej uniwersalnych, klasach, rozwarstwieniu społecznym. „Lighthouse”, z tego, co mówiłeś, o toksycznej męskości. To dlaczego „Portret” wygrywa? Pewnie możemy się zgodzić, że wszystkie te trzy filmy są w jakimś sensie arcydziełami, są bardzo dobrze zrobione itd., więc co decyduje o tym, że film Sciammy najbardziej Cię przekonał?

A: To już jest kwestia bardzo subiektywna, osobista nawet. Jakby wbrew tematyce, która jest w istocie bardzo kobieca, ja w sobie czuję najwięcej odniesień do „Portretu”. Ja sam zawsze miałem problem z tym, żeby odnaleźć się w świecie, miałem zaniżoną samoocenę, pewność siebie, przez co starałem się robić tak, żeby zachowywać się „normalnie”, żeby pasować do otoczenia, żeby nie wyjść na tego „dziwnego”, na tego odmiennego od innych. I to też odnalazłem w tym filmie, bohaterki mogą stać się sobą dopiero kiedy nie ma nikogo wokół nich, kiedy są same.

Poza tym mam poczucie, że i w przypadku „Lighthouse” i „Parasite”, są też inne filmy, które mówią o tych problemach, natomiast to jak Sciamma przedstawiła ten bunt, bo dla mnie ten film jest w dużej mierze o buncie, jest innowacyjne. Ostatnie takie przedstawienie, jakie ja znam było w „Tangu” – oczywiście inny rodzaj buntu, ale nowatorskość ujęcia tego tematu porównywalna do Mrożka.

J: Wiesz, że przeprowadzam z Tobą ten wywiad, bo jesteś mężczyzną i to bardzo młodym mężczyzną. Jestem ciekawa jak oglądało Ci się film, w którym nie ma mężczyzn? Dla mnie to jest film arcykobiecy – czy Tobie nie przeszkadzało to w odbiorze?

A: Nie, w ogóle. Nie nazwałbym tego filmu nawet do końca feministycznym, jakby feminizm nie był dla mnie najistotniejszy w tym filmie. Obydwie główne bohaterki pokazane były tak, że czuło się do nich empatię: Heloise, która nie ma praktycznie w ogóle szansy na decydowanie o sobie w życiu i Marianne, które jest stosunkowo wolna, ale nadal częściowo ograniczona – nie może na przykład malować męskich aktów itd. Nie każdy film musi być o białym mężczyźnie, a nawet nie powinien (śmiech), żeby można było się z nim utożsamić. Można przecież czytać sztukę ze starożytnej Grecji i nadal utożsamić się z jej bohaterami, mimo, że działo się to tysiące lat temu. Odebrałem go jako uniwersalny.

A to, że jest to kobieca perspektywa i nie ma mężczyzn… No wiesz, większość filmów dotychczas była z kolei opowiadania z perspektywy męskiej, więc myślę, że bardzo potrzebna jest różnorodność pod tym względem, żeby były historie stricte o kobietach i mężczyzna oglądający taki film dużo straci, jeśli nie będzie w stanie się z tymi postaciami zidentyfikować.

J: Czy coś jeszcze było dla Ciebie ważne w tym filmie?

A: To co mi się jeszcze bardzo podobało to chwila, w której wyjeżdża matka Heloise i w pałacu zostają tylko Marianne, Heloise i służąca Sophie, to jest ten moment, kiedy przestają obowiązywać reguły świata zewnętrznego. I ta służąca, która wcześniej zamknięta była tylko w roli służącej, wtedy staje się poniekąd taką trzecią równorzędną postacią. Czytają z nią razem mitologię i Sophie bierze w tym czynny udział. Staję się pełnoprawną uczestniczką wydarzeń.

J: A nawet staje się centralną osią tej historii, bo wszystkie kobiety skupiają swoje wysiłki wokół tego, żeby ona mogła wykonać tę aborcję. Role nawet się odwracają, bo to Heloise i Marianne zaczynają się opiekować służącą, która jest w potrzebie.

W moim tekście piszę też o tym, że film Sciammy zajmuje jakby cały czas takie „drugie miejsce” w rankingach światowych, na różnych festiwalach filmowych. Wygrywa ciągle „Parasite” lub inne tytuły.

A: Myślę, że może też tak być, że bezpieczniej jest nagrodzić taki film jak „Parasite”, który mówi o nierównościach społecznych. Nie nazwałbym tego filmu kontrowersyjnym. A mimo wszystko nagradzać film, w którym jest chociażby taka scena jak ta aborcji, czy wszystkie te sceny erotyczne, to już się wiąże z pewną kontrowersją, bezpieczniej jest nagradzać film, który tego nie ma.

Przykazanie czułości

Read in English

Jako mała dziewczynka nosiłam w sobie głębokie przekonanie, że otaczająca mnie rzeczywistość nie jest tylko tym, co widzę. Głębokie przekonanie, a może nawet jakiś rodzaj pewności, bo któż mógłby w pięciolatce zachwiać wiarę w to, że jej starsza kuzynka umie wyczarować czekoladowy batonik, że ulubiony pluszowy zajączek ma duszę, że jedyny słuszny widelec odwzajemnia moje głębokie do niego przywiązanie? Nie było wtedy jeszcze w mojej rzeczywistości racjonalnych argumentów, istniał świat, a nie świat prawdziwy i nieprawdziwy.

Pamiętam, że wielokrotnie siedziałam na dachu warsztatu mojego dziadka, patrząc na rosnące w pobliżu ogrodu brzozy. Wiedziałam na sto procent, że brzozy to moje drzewa – niewinno-białe, w swojej bieli wyjątkowe, więc pewnie i trochę w tej wyjątkowości samotne, smukłe i delikatne, zwracające uwagę szelestem tysiąca malutkich liści. Wyobrażałam sobie siedząc na tym dachu, że się z nimi komunikuję, że one mnie słyszą, rozumieją, że mogą mi coś dać, jeśli o to poproszę. Marzyłam o czarodziejskiej różdżce, którą mogłabym przekazywać im moje myśli i uczucia.

Kiedy czytam mowę noblowską Olgi Tokarczuk, w której opowiada o swoim własnym dzieciństwie, o swojej mamie i o gadających w kredensie talerzach, odczuwam wielką tęsknotę za tym utraconym czasem, za nie całkiem utraconą wrażliwością i za emocjonalnością, która nie zna jeszcze ocen, ani dowodów. Odczuwam tęsknotę za światem,w którym słowo „dusza”, w niereligijnym kontekście, nie wzbudza uśmieszków.

Moja mama powiedziała ostatnio, że „na starość” powraca coraz bardziej do takiego rodzaju czucia świata z dzieciństwa, że znów wszystko zaczyna się łączyć w całość, a rośliny i zwierzęta odzyskują swoje dusze. Powraca, bo odeszła od takiej wrażliwości, i ja odeszłam, i Tokarczuk jakoś też doświadcza tego rozszczepienia, zastanawiając się kiedy przestała nasłuchiwać szeptu talerzy w kredensie. Nie wiem kiedy, ale z pewnością wiem jak się to dzieje.

Marion Woodman, analityczka jungowska i poszukiwaczka świadomej kobiecości i duchowości pisała w inny sposób, ale o tych samych kwestiach pod koniec lat 80.  Ilustruje ona jak zachodzi ten proces utraty wrażliwości i duszy, opowiadając historię jednego ze swoich klientów:

 „…kiedyś, jako mały chłopiec spóźnił się, wracając ze szkoły, bo zatrzymał się nad rzeką i znalazł tam piękne kamyki. Wypełnił nimi kieszenie i pobiegł do domu, aby dać je swojej mamie. Była na niego strasznie wściekła, odwróciła go do góry nogami i potrząsała nim, a kamyki spadały na podłogę. <<Pozbieraj je teraz (…) i wyrzuć na drogę, gdzie ich miejsce.>>”

Marion Woodman, Uzależnienie od doskonałości, Świadoma kobiecość, Czeladź, 2019, s.122

Miałam szczęście, bo nikt mną w domu nie potrząsał, żeby wybić mi z głowy miłość do pluszowych zajączków i brzóz, choć przestrzeni do wyrażania tego rodzaju emocjonalności, z biegem czasu też było coraz mniej. Pojawił się też sen, który pamiętam do dziś, a który zaczęłam śnić mniej więcej w momencie pójścia do szkoły: wiem, że umiem latać, wielokrotnie już latałam, a teraz biegnę ulicą, często znajomą, która jest zupełnie pusta, macham rękami i nie mogę wzbić się w powietrze. Muszę polecieć, bo wiem, że zbliża się śmiertelne niebezpieczeństwo. Wiem też, że to nie ręcę dadzą mi tę moc latania – głęboko w środku mnie jest siła, do której muszę mieć dostęp, żeby polecieć. Nie udaje mi się.

Nikt mną fizycznie nie potrząsał, ale zaczął mną potrząsać świat, skutecznie i na lata rugując sposób widzenia rzeczywistości i wrażliwość, które, jak się później okazało, są istotą, tego kim jestem. Świat, który kazał wierzyć tylko w to, co fizyczne i udowodnione, który kategoryzował i dzielił, oceniał i nadawał wartość, według swoich kryteriów zysków i strat, w którym nic nie było połączone z niczym, jak w mechanicystycznym śnie idealnym. Woodman definiuje ten świat jako patriarchalny i mówi o nim jako o systemie, w którym władza jest ostatecznym celem i zarazem pierwszą motywacją, więc Ziemia, jej zasoby i mieszkańcy stają się tylko środkiem do tego celu, czy jak mówi Tokarczuk przedmiotem, „który można ciąć na kawałki, używać i niszczyć.”.

Moje własne odejście od duszy potoczyło się dość dramatycznie. Uznałam w którymś momencie, że muszę pozbyć się tego „romantyzmu”, żeby przetrwać w rzeczywistości i usilnie próbowałam to robić, ale im bardziej odchodziłam od siebie, tym bardziej popadałam w różnego rodzaju uzależnienia, które kompensowały brak duchowości. W tym okresie najbardziej dramatycznej walki o siebie, znowu pojawił się sen, który był jeszcze bardziej przerażający niż ten z dzieciństwa. Popełniam morderstwo, zabijam kogoś i muszę ukryć ciało. Zazwyczaj udaje mi się to zrobić, czasem z pomocą innych ludzi, ale cały sen prześladuje mnie poczucie winy i lęk, które są nie do zniesienia. Wiem, że zabiłam człowieka – popełniłam najgorszy z możliwych grzechów i będę musiała z nim żyć już zawsze; wiem też, że ciało może przez kogoś zostać odkryte, a ja zostanę skazana za morderstwo i spędzę życie w więzieniu, więc będę już zawsze żyć w lęku. Z żadnego koszmaru nie budziłam się z taką ulgą!

Żeby rzeczywiście się z niego obudzić, potrzebowałam wielu lat i wielu poszukiwań, tak naprawdę trochę się też poddałam, sądząc, że zawsze będę musiała w jakimś stopniu się z tym wysoko wrażliwym ekwipunkiem ukrywać. Ale ostatnio coś się zmienia. To o czym od lat myślałam w samotności lub o czym rozmawiałam z najbliższymi przyjaciółkami, pojawia się w nagłówkach czołowych gazet i krzyczy o uwagę. Konsekwencje spychania tej wrażliwości, czułości, duszy – jakkolwiek to nazwiemy – to nie tylko jednostkowe historie uzależnień, depresji i innych dolegliwości naszej cywilizacji (o czym niezwykle dociekliwie pisała Woodman w „Uzależnieniach i duchowości” już trzydzieści lat temu), ale globalne kryzysy polityczne, klimatyczne i kulturowe, o których mówi też Tokarczuk.

Napisałam to ostatnie zdanie i zastanowiłam się – czy przed mową noblowską Tokarczuk miałabym odwagę takie zdanie napisać? Czy moja własna, indywidualna historia ma w ogóle jakieś znaczenie w odniesieniu do globalnych zmian, które są tak potwornie skomplikowane? Czy nie przesadzam, rysując taką parabolę? Wpisując się w słowa noblistki? I wreszcie myślę, że nie – właśnie dzięki Oldze Tokarczuk i temu, co mówi w Sztokholmie, temu co pisze w swoich powieściach, temu w jakich sprawach zabiera głos, mam odwagę być głośniejszą. Ona nadaje wagi i rozgłosu tym wszystkim historiom, wynosi na piedestał to, co usiłowałam zabić i ukryć. W końcu oddycham głębiej. Noblistka też tak ma.

Minister Gliński ze swojego piedestału rzuca werdyktem: „czułość jest naiwna!” i w tej swojej pysze i bucie pozostaje cegiełką tego starego świata. A w tym nowym przydałoby się nowe przykazanie – przykazanie czułości.


Zdjęcie z profilu Olgi Tokaczuk na Facebooku: https://www.facebook.com/OlgaTokarczukProfil/photos/pcb.2422284854566804/2422284611233495/?type=3&theater


Commandement of tenderness

As a little girl, I was deeply convinced that the surrounding reality is not just what I see with my eyes. Deeply convinced or maybe even sure; because who could have shaken a five-year-old’s belief in her older cousin’s magical ability to conjure up a chocolate bar? Or that her favourite plush bunny has a soul? Or that the only right fork reciprocates my attachment to it? In my reality of that time, there weren’t any rational arguments, there was the world, not the real or the unreal one.

I remember sitting on the roof of my grandfather’s workshop, looking at birches that grew nearby. I was 100% sure that birches were my trees – innocently white and unique in their whiteness, so probably also a bit lonely in their originality; slender and delicate, attracting our attention with a rustle of a thousand tiny leaves. Sitting on that roof, I imagined that I could communicate with them – that they can hear me, understand me, that they can give me something, if I ask them. I dreamt of a magic wand that I could use to convey my thoughts and feelings to them.

When I read Olga Tokarczuk’s Nobel’s lecture, in which she talks about her own childhood, her mum and plates that secretly talk to each other in the china dresser I feel a deep yearning for the period of my life that is gone, for the sensitivity that I managed to keep to an extent and for this kind of emotionality that does not know any judgment or proof. I feel a yearning for the world in which the word soul, in a non-religious context, does not arouse sneers.

My mum said recently that with age, she has been coming back to that kind of childhood sensitivity: everything seems to be connecting again into a larger whole, plants and animals are regaining their souls. If she’s coming back, then she must have left that it – it seems like I did it as well, and so did Tokarczuk who also experiences that disconnection and wonders when she had stopped listening to the plates in the china dresser. It is hard to say when but I certainly know how.

Marion Woodman, a Jungian analyst and a searcher of conscious femininity, wrote in a different way but about the same matter in the late ‘80s. She illustrates how this process of desensitization works through a story of one of her clients:

“…once, as a little boy, he was late home from school because he had stopped by the river where he found beautiful pebbles. He filled his pockets and ran home to give them to his mom. She got really furious, turned him upside down and started shaking him until all pebbles landed on the floor. <<Now, gather them and throw them away on the road where they belong.>>”

I was lucky enough not to be turned upside down and shaken so I get rid of my love for plush bunnies and birches, however, the older I got, the less there was space for this kind of sensitivity, even at home. Around the time I was about to go to school, I started having the same dream: I know that I can fly, I have already flown several times before, but now I am running along the street, waving my hands, unable to take to the sky. I must fly because I know that some deathly danger is approaching. I also know, in my dream, that these are  not my hands that give me the ability to fly – deep inside me there is power that I need to access to be able to fly. But I do not.

Olga Tokarczuk delivered her Nobel Lecture in Literature on Saturday 7 December 2019 at the Swedish Academy in Stockholm.

Nobody shook me physically but the world did, effectively sweeping away my way of experiencing the reality and my sensitivity, which turned out to be my greatest gifts and the core of who I am. The world that forced me to believe only what is physical and proven, the world which categorized, divided, judged and assigned value according to its criteria of gain and loss, the world in which nothing was connected to anything, like in a mechanistic utopia. Woodman defines this world as patriarchal; – by her definition – it is a system where power is the ultimate goal, as well as the primary motivation for any action. Therefore, the Earth, her resources and inhabitants become a means to that end or as Tokarczuk puts it, an object “that can be cut into pieces, used and destroyed”.

Betraying my own soul turned out rather badly. At some point, I decided that I need to get rid of that “romanticism” to survive and thus tried earnestly to do that. But the more I abandoned myself, the more I went down the path of addictions, which compensated that lack of spirituality. In that period of the most dramatic fight for myself, I started dreaming another dream that was even more frightening than the first one: I commit a murder, I kill someone and I have to hide their body. I usually manage to do that, sometimes with somebody’s help but the moment I do it, I start feeling an overwhelming sense of remorse and extreme anxiety that I can barely stand. I know I killed a human being – I committed the worst of all sins and now I will have to live with it forever. I also know that the body can be discovered any time and I will be convicted to life in prison, so I am anyway condemned to living in fear for the rest of my life. I never woke up from any nightmare with more relief!

In order to really wake up from it, however, I needed several years and a lot of searching, I also kind of gave up at some point, thinking that I will always need to hide this highly sensitive nature of mine. But recently things have started to change. That of which I had always thought in solitude or only talked about with my closest friends, now appears in the headlines of major newspapers and shouts for attention. The consequences of abandoning our sensitivity, tenderness, soul – whatever we call it – are not only these individual stories of addiction, depression or other nuisances of our civilization (Woodman wrote about them incredibly insightfully, already over 30 years ago) but also the global climatic and cultural crises that Tokarczuk describes.

I wrote the last sentence and I wondered about it – would I have the courage to write such a sentence before Tokarczuk’s Nobel lecture? What is the meaning of my own, individual story in the light of global crises that are so complex? Am I not exaggerating drawing this kind of parable and using the words of the Nobel’s laureate? And finally I think I do not – it is precisely thanks to Olga Tokarczuk and what she says in Stockholm, what she writes in her novels, what she pays attention to in the public debate that I have the courage to speak my own voice, to be louder. She highlights these stories and makes them notable; she puts on the pedestal what I tried to kill and hide. Eventually, I breathe more deeply. The Nobel laureate feels the same.

Polish minister of culture, from his pedestal, throws a verdict: “tenderness is naïve!” and in his conceit and arrogance, he remains a brick of that old world. While the new world would use a new commandment – the commandment of tenderness.


Olga Tokarczuk’s full lecture in English: https://www.nobelprize.org/prizes/literature/2018/tokarczuk/104871-lecture-english/

%d blogerów lubi to: