„Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet.”

Read in English

„To powinna być lektura szkolna!” – zakrzyknęłam do słuchawki telefonu, na którego końcu była moja mama. Nie w pełni wiedziałam wtedy, dlaczego aż tak entuzjastycznie odebrałam „Czarownice. Niezwyciężoną siłę kobiet” Mony Chollet i parę tygodni zajęło mi przetrawienie prawdziwej wagi tej książki, ale nadal twierdzę, że to pozycja zasługująca na miejsce w kanonie lektur – w jakiejś utopijnej rzeczywistości, o której snuję czasem marzenia.

Mona Chollet opisuje historię kobiet, której nie znamy, historię, której celowo w szkołach się nie uczy, a w ogólnie przyjętym dyskursie zazwyczaj się wyśmiewa. Szacunki co do liczby skazanych na śmierć przez (w większości) świeckie sądy, torturowanych i zamordowanych kobiet oraz mężczyzn (w 85% przypadkach kobiet) są bardzo różne, ale przyjąć można, że wykonano tych egzekucji około 80 tysięcy. Stosy nie były też wcale dziełem średniowiecza, największa liczba ofiar przypada bowiem na okres od XVI do XVIII wieku, a ostatnia czarownica spalona została w 1782 roku w Szwajcarii, siedem lat przed ustanowieniem Deklaracji Praw Człowieka… Nie jest to zatem, jak nam się często wydaje, historia zamierzchłych wieków ciemnych, ale czasy renesansu i oświecenia – wielkich epok rozumu. Te masowe egzekucje przeszły do historii w zasadzie jako anegdoty; muzea czarownic czy ich pomniki w niektórych miastach mają taki właśnie charakter. Już sam stosunek do cierpienia setek tysięcy kobiet i mężczyzn jest zatrważający. Czy mówimy z uśmiechem o niewolnikach w Stanach Zjednoczonych? O jakimkolwiek systemowym mordowaniu ludzi? A z mordowania czarownic się śmiejemy!

Przeczytałam tę straszną historię i z zapałem zabrałam się za kolejne rozdziały, ale tam już o historii jest niewiele. W drugiej części swojej książki Chollet buduje most, który ilustruje, w jaki sposób wszystkie oskarżenia, których użyć można było, by skazać niewinną kobietę na śmierć, nadal żyją sobie w najlepsze w drugim, trzecim czy piątym życiu. Kobiety karane są bowiem za niezależność tak w myśleniu, jak i w stylu życia, za praktykowanie medycyny (wiele spośród czarownic było zielarkami, uzdrowicielkami, lekarkami), za bezdzietność, za starość, za libido, za emocjonalność, za połączenie z naturą… Można by tę listę snuć przez następne trzy strony – odsyłam do analizy Chollet.

Tej wiedzy nie mamy. Nie mamy całej tej ogromnej wiedzy historycznej, filozoficznej, nie widzimy ciągłości, która wyjaśniałaby nam, dlaczego nie ma nic naturalnego w mizoginicznych przesądach nadal śmiało wygłaszanych przez strażników i strażniczki patriarchatu. Odzyskanie tej historii jest dla mnie absolutnie kluczowe przede wszystkim po to, żeby kobiety mogły wreszcie zacząć czuć się swobodnie w swoich społecznościach i kulturach i żeby mogły te społeczności oraz kultury tworzyć na swój sposób, w zgodzie z tym, kim są naprawdę (cokolwiek to znaczy), wnosząc do nich swoje prawdziwe wartości. Nie znając tej historii, może nam się wydawać, że część „naturalnych”, patriarchalnych przesądów jest prawdą: że jestem bezwartościowa, nie posiadając dzieci, że nie powinnam ufać swoim emocjom i intuicji, że nie mam prawa do kariery, że nie nadaję się na managerkę. Bo kto w zasadzie ma o tym zadecydować? Tak było zawsze. A jednak nie było – istniała natomiast potworna przemoc w stosunku do tych, które się wychylały i strach tych, które na stosy patrzyły. W rodzinach wymordowano całe linie kobiece, tego się szybko nie zapomina. Należy natomiast upamiętnić, bez uśmieszków. Tak, jak upamiętnia się ofiary mordów. Bez pamięci trudno o szacunek i właściwą perspektywę historyczną na tę wielowiekową przemoc.

Mnie najbardziej zajmuje w tym ujęciu kultura i ukułam nawet takie sformułowanie – „kobieca niewiadoma kulturowa”, które opisywać ma to, co jeszcze nie istnieje, ale nadejdzie, gdy kobiety będą miały wystarczająco dużo wolności, władzy i pieniędzy, by tworzyć kulturę z własnej perspektywy. Kultura, w której zostałam wychowana oferowała kobietom niewiele, moje dziecinne wzorce  były mężczyznami, gdyż kobiece zajmowały się gotowaniem, do którego nie miałam nigdy zapału. Większość seriali i filmów oglądało mi się zawsze ciężko, bo kobiety zachowywały się w nich jak niepełnosprawne umysłowo, nieprawdziwe, sformatowane spojrzeniem mężczyzny. To nie były kobiety z krwi i kości, seksualne na swój własny sposób, z pasjami, wolne. Ale widzę od jakiegoś czasu, że czarownice powracają. Powracają w aranżacjach komediowych, takich jak seriale Phoebe Waller-Bridge; w bardziej surowym wydaniu, ale z ogromną siłą w kinie skandynawskim czy w arcydziele kina czarowniczego jak „Portret kobiety w ogniu”, Celine Sciammy – ten ostatni obraz jest dla mnie absolutną kulminacją kina, w którym to kobiety snują opowieść na swój nieograniczony męskim spojrzeniem sposób. W Polsce za jeden z takich filmów uważam opowieść o Michalinie Wisłockiej „Sztuka kochania” – nie dość, że o czarownicy z krwi i kości, to i wykonany z całkowicie kobiecej perspektywy. Zatem moja „niewiadoma kulturowa” jest coraz mniej niewiadomą, ale nadal z niecierpliwością wyczekuję, co jeszcze wspaniałego powstanie z tej przestrzeni i tej władzy, którą czarownice odzyskują. Cieszę się i niecierpliwię na tę kulturę, najbardziej na tę popularną, bo to ona kształtuje większość z nas.

Czarownice istniały zawsze i – jak sugeruje tytuł książki Chollet – na różne sposoby przetrwały do czasów dzisiejszych. Moja babcia też była czarownicą. Jest to wiedza powszechna wśród członków mojej rodziny i jej bliskich przyjaciół. Moja mama do dziś opowiada, jak jej koleżanki z liceum traktowały babcię z szacunkiem i lekkim przestrachem. Kruczoczarne włosy, które – gdy posiwiały – farbowała na fioletowo, plecak i adidasy, przepowiadanie pogody i leczenie ziołami oraz bliska relacja z przyrodą i zwierzętami – babcia spełniała wszystkie kryteria. Może poza jednym, nigdy nie była do końca wolna. Tworzyła więc własne przestrzenie wolności w książkach, w lesie, w ogrodzie, w kuchni, w mocnej herbacie i jeszcze mocniejszych papierosach. Nauczyła mnie, że można być inną, ale jednocześnie, że to kosztuje i że jest trudne – pełnej realizacji swojego potencjału w peerelowskim świecie nigdy nie osiągnęła – może gdyby poznała Wisłocką…

W jednym z wywiadów Chollet mówi, że czarownice były jej potrzebne, by znaleźć swoje miejsce w świecie, jako intelektualistki, która nie chce do końca podążać śladem intelektualistów, jako kobiety, która chce pozostać wrażliwą i która definiuje się w oparciu o własne kryteria, w odróżnieniu od tych patriarchalnych. Również i mnie są potrzebne, zawsze bardzo mi ich brakowało. Myślę, że łatwiej zdołałabym znaleźć własne miejsce, gdyby tych scenariuszy życiowych było w repertuarze więcej, gdyby były bardziej prawdziwe.

Mona Chollet taką właśnie przestrzeń tworzy – dla mnie i dla was, żebyśmy mogły bez skrępowania eksplorować, co tak naprawdę znaczy być kobietą. Tworzy z tym większą siłą, że jej książki nie da się zignorować jako marginalnej, nawiedzonej czy wydumanej – swoim nazwiskiem, uznanym w „Le Monde Diplomatique”, niejako firmuje czarowniczość i otwiera drzwi do nowej przestrzeni. I za tę przestrzeń będę jej zawsze wdzięczna, gdyż moje utopijne rzeczywistości stają się trochę mniej utopijne.

Chollet Mona, Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet, tłum. Sławomir Królak, Karakter, 2019


Witches. The Invincible Power of Women.

“This should be a part of required reading at school!” – I shouted during a telephone conversation with my mom. At first, I did not quite understand where the strength of my reaction to Mona Chollet’s “Sorcieres. La force invaincue des femmes.” (“Witches. The Invincible Power of Women”) came from. It took me a couple of weeks to fully digest the book but I still stick to my claim that this work should be part of a core school curriculum – in some utopian future that sometimes I dream about.

Mona Chollet’s book describes a history of women that we do not know, that is intentionally not taught at school and often discarded or ridiculed in the common discourse. 80 thousand people are only an estimate of the toll of death that the stakes across Europe took. Most of the victims were women (85%), condemned mostly by secular courts. This burning plague is also not, as we often tend to think, the work of the Middle Ages. The largest number of victims was recorded between the 16th and 18th centuries and the last witch was burnt in 1782 in Switzerland – only 7 years before the French neighbors signed the Declaration of the Rights of Men… The witch-hunt is therefore not the history of the Dark Ages, as we like to call them, but of the ages of reason – Renassiance and Enlightment. These mass executions came to history as anecdotes, museums or monuments dedicated to witch-hunts also tend to have this rather irreverent character. This very attitude towards suffering and death of thousands of people over several centuries is horrifying. Do we smile when we talk about slaves in North America? Or any systemic murders of any people for that matter? Why do we let ourselves laugh at the deaths of so-called witches?

However, Chollet does not dedicate her whole book to that history, which I was assuming would be the case. In the second part of her book, she builds a bridge between that history and the present day. This bridge illustrates how all the accusations that could be used to condemn an innocent woman to death, are still living their second, third or firth life. Women are still being punished for independence, both in thinking as well as in lifestyle, for practicing medicine or any other job of high social status and/or influence (many of the witches were herbalists, healers – the doctors of these times), for not having children, for being old, for being horny, for being emotional, for the connection they had with nature… The list is long – I will refer you to Chollet’s analysis.

This is the awareness we do not have. We do not have this whole extensive historical or philosophical knowledge, we do not see the continuity that would otherwise explain why there is nothing natural in misogynist superstitions still boldly claimed as the truth by the guardians of the patriarchy. Reclaiming that history seems absolutely crucial to me, to make women feel free in their communities and cultures, so they can start creating these communities and cultures in their own way, in harmony with who they really are (whatever that may mean) and bringing in their own values. Being ignorant of that history can lead us to believing that these “natural” patriarchal superstitions are true: that I am worthless, if I do not have kids; that I should not trust my emotions and intuition; that I do not have right to a career; that I will not handle a manager position – just to name a few. Actually, how do we know they are not true? You could otherwise say that reality has been like this forever, thus it should stay the way it is. Well, it should not, because the reality actually meant violence and death for women who did not conform and fear for those who watched them burn. Entire female lines of families were murdered, this is not easily forgotten. It is something that should be commemorated, without mocking. Commemorated the exact way we commemorate all the victims of mass murders. Without that memory, the respect and proper historical perspective are impossible.

Personally, I am the most interested in how all this affects the culture. I have even created a term to describe the phenomenon that I believe we are experiencing – the female culture gap, which describes everything that does not exist yet and will come into being once women gain enough freedom, power and money to create a culture that is theirs, seen from their perspective. The culture I was born and raised in did not offer a lot to women – my childhood role models were all men, as the female ones were preoccupied with cooking, which I have never particularly enjoyed. I have always had trouble watching the majority of movies or TV series where women acted like mentally incapable, fake, formatted by a male gaze. Those were not flesh and blood women, sexual in their own ways, free, with passions. But for some time now I have seen the return of the witches. They return in comedies such as Phoebe Waller-Bridge’s amazing “Killing Eve” or “Fleabag”; in a more austere form, they emerge from Scandinavian cinema or they are celebrated in the masterpiece of witch cinema “Portrait of a Lady on Fire” by Celine Sciamma, the latter being a true culmination of a story that is told by women in their own way, unlimited by men’s perspective on them. A Polish example could be “Art of Loving”, a movie about Polish sexologist Michalina Wisłocka. Not only it tells a story of a true witch but it also tells it from a completely female perspective. So the unknown of the feminine culture is less and less unknown but I am still looking forward to the new and amazing work that will emerge from witches regaining the space and power they once lost. I am excited and anxious to see that culture, especially the popular one that shapes millions.

Witches have always existed and, as Chollet suggests in her title, they have survived in different forms to this day. My grandma was also a witch. This knowledge was common to our family and friends. My mom still tells stories of her high school friends who treated her mother with an utter respect and a dose of fear. Raven black hair she dyed violet when it turned gray, her backpack and sneakers, foretelling the weather, herbal medicine and a close relationship to nature – she ticked all the boxes. Maybe except for the one – she was never fully free. She created her own spaces of freedom in the realm of her books, in the forest, in her garden, kitchen, in a strong cup of tea and even stronger cigarettes. She taught me that I am allowed to be different but being different costs and it is difficult. In the communist world she lived in she never realized her full potential – maybe if she had met Wisłocka…

In one of her interviews Chollet says that she needed witches to find her own place as a female intellectual who does not want to fully follow the male ones, who wants to remain sensitive, who defines herself on the basis of her own criteria, not the patriarchal ones. I do need them as well and I have always missed them. I think it would have been much easier for me to find my own place in the world if these places and life-scripts were more, if they were truer.

This is the space Mona Chollet creates – for me and for you, so we can absolutely freely explore what it really means to be a woman. She also brings the witches to the mainstream. You cannot ignore her book as marginal, bizarre or contrived – she is an esteemed journalist in Le Monde Diplomatique and in some measure, she endorses the witches and what they bring, she opens the doors to new space. And for that space I will always be grateful, because my utopian realities are becoming a bit less utopian.


Korekta: Katarzyna Koćma

Oskarżam patriarchat

Zgwałciliście Ziemię! Poddana wam i służąca mimo wyzysku Matka wypluwa płuca, kiedy opychacie się trupami jej dzieci. Dobrze wam? Gdy płonie pół planety, gdy topnieje kolejna jej część, gdy umiera z głodu jeszcze inna. Podczas gdy wy toczycie po marmurowych podłogach swoje przejedzone, opakowane w poliester cielska i wołacie „Więcej!”. Więcej już nie będzie! Niedługo nie będzie więcej nic, bo wszystko spłonie, stopnieje albo pokryje się warstwą niezniszczalnego plastiku.

Wyszliście z epoki, którą dziś uważacie za ciemną i pogańską, z dumą pięciolatka, który urywa się matce na zakupach w supermarkecie i biegnie w stronę alejek z plastikowymi autkami. Ta pogańska epoka rządząca się cyklicznością pór roku, księżyca i miesiączki była dla was ograniczająca. Wolna, nieograniczona niczym wola stała się nowym bożkiem; poddaństwo ziemi, zwierząt i kobiet stało się nowym porządkiem. Zachłysnęliście się rozumem, który teraz tłumaczyć miał wszystko; zapatrzyliście się w swoje własne oblicza, które stały się prototypem piękna i człowieczeństwa; odkryliście, że dobrze opakowaną przemoc można zawsze wytłumaczyć. Nie wiem jak było wcześniej, bo wymazaliście moją historię – historię moich przodkiń, historię moich kapłanek, historię moich wiedźm. W tym odcięciu od wszystkiego co naturalne upatrywaliście wolności, zdobyliście władzę. Nade mną, nad słabszymi, nad tymi, którzy nie mówią, nad tym, co żywe i delikatne. I po kolei wszystkich nas zniewoliliście, wykorzystaliście i pozbawialiście godności.

Zrobiliście z planetą to, co z kobietami. Te, które przynoszą na ten świat życie i rodzić powinny na waszych ołtarzach, wykorzystaliście dla własnej przyjemności i wrzuciliście w rynsztok odpadów z waszych fabryk szczęścia. I jedyne co jej, tej pierwszej Matce pozostaje to potop, pożoga, tornado i tsunami. Tak będzie się przed wami bronić, tak da wam znać, że nie ze wszystkim można przeholować. Ulewne deszcze i gwałtowne gradobicia będą jej hasztagiem, a litery me too wyryje wam na czołach gorącym słońcem, przed którym nie będzie już ucieczki.

Nie istniejecie bez niej. Nie jesteście panami świata. Wszyscy wyszliście z jakiejś waginy, która nie dała by wam życia, gdyby nie była częścią tego wszystkiego, co przez tyle wieków usilnie próbowaliście zniszczyć.

A że ta pierwsza i pierwotna Matka nie ma głosu, który moglibyście usłyszeć, może usłyszycie mój.

#metoodlaZiemi

„Śnienie jako praktyka duchowa”, Connie Kaplan, Recenzja

Wiecie jak to jest, kiedy przez bardzo długi czas, praktycznie przez całe życie, intuicyjnie czujecie, że jest coś, co wam umyka, coś, czego nie możecie zdefiniować, a czego jednocześnie bardzo pragniecie; coś bez czego rzeczywistość i jej przeżywanie zdają się niepełne, niewystarczające, ale zupełnie nie możecie zdefiniować co to takiego? Miałam tak od zawsze i tą zagubioną częścią układanki w moim przypadku była duchowość. Szukałam jej w kościołach, w religioznawstwie, w naukach wschodnich, w praktykach medytacyjnych. I nigdzie do końca nie znajdowałam. Trzymałam się więc czego popadnie –  relacji, psychologii, a nawet odrobiny magii, starając się wydobyć sens z doświadczeń i przemian w moim życiu. Nigdy nie czułam pełni satysfakcji, zawsze wiedziałam, że jest więcej i że to więcej ma dużo wspólnego z byciem kobietą. Aż przeczytałam „Śnienie”.

Już bardzo dawno zdałam sobie sprawę z tego, że świat bez kobiet to świat tylko w połowie, albo nawet w jednej czwartej, bo mężczyźni w tym świecie też nie są w pełni sobą. Jednak nigdy nie zdawałam sobie tak wyraźnie sprawy z tego, jak potwornie zubożona jest duchowość bez kobiet. I teraz jasne jest dla mnie jak Słońce i Księżyc, dlaczego żadna religia nie dała mi nigdy ścieżki, którą chciałabym kroczyć. A teraz powoli ją odnajduję.

Kupiłam tę tajemniczą książkę o – jak sądziłam – jakiejś formie pracy ze snami, bo poprzez spotkania z Natalią Miłuńską i kobiecym cyklem, zaczęłam z większą uważnością przyglądać się własnym snom. Zaufałam Natalii, ale nie miałam najmniejszego pojęcia w jaką podróż zabierze mnie Connie Kaplan.

„Śnienie” ma moc, bo nie jest metaforą, nie jest zbiorem przypowieści, czy choćby sennikiem. Kaplan jest twardo stąpającą po ziemi Amerykanką, która metodycznie, krok po kroku wprowadza nas w bardzo określoną i dostępną – przy odrobinie szczęścia – dla każdej z nas, praktykę duchową. Sama długo szukała i uczyła się i teraz zabiera nas wszystkie w tę podróż. Podróż do do plemienia kobiet, które wiedzą to, co my współczesne często czujemy, nader często boleśnie, nie mamy jednak słów, obrazów, mitów,  kontekstu czy wiedzy, żeby opisać swoje doświadczenie. Autorka odkrywa dla nas na nowo zaczarowane w patriarchat mitologie i baśnie, by wydobyć z nich opowieść o kobiecie pełnej mocy, w swojej mocy silnej i swoją mocą uzdrawiającej. Każe nam poczuć nasze ciała, odkryć moc macicy, cyklu i ich łączności z ciałami niebieskimi i cyklami natury, które przez swój ruch w przestrzeni wpływają, w nie do końca jeszcze jasny dla mnie sposób, na nas i naszą małą rzeczywistość. Dzięki umiejętnemu odczytywaniu tej nowej mitologii, naszego ciała oraz większych i mniejszych cykli, odzyskujemy w pełni moc właściwą każdej kobiecie.

Sen i śnienie stają się pomostem pomiędzy tym co na jawie, a tym co głębiej, tym co na co dzień ukryte; pomiędzy tym, co bolesne w przeszłości i tym, co może przynieść świadomie wyśniona przyszłość. Okazuje się nagle, że sny pomagają nam lepiej zrozumieć istotę naszych doświadczeń, nie tylko na poziomie osobistym, ale i ogólnoludzkim. Sny i wspólnota kobiecego Kręgu Snów są konkretnym potencjałem, który możemy realizować, przetwarzając świat wokół nas, w sposób, który był dla nas dotychczas nieznany i niedostępny.

Takie przynajmniej wyniosłam przekonanie po lekturze, bo na razie transformuję jedynie swoją malutką rzeczywistość. Ale czyż to nie jest osiągnięcie po zaledwie dziesięciu dniach? Myslę, że każda, która przeczyta tę książkę z otwartym umysłem i zastosuje te kilka prostych nawyków, rytuałów czy po prostu spojrzy z nowej perspektywy na siebie, swój cykl, swój potencjał albo nawet świat, będzie przez nią przemieniona.

Wiem, że mój zachwyt i uniesienie mogą być nieco egzaltowane, czy wręcz neofickie. To pewnie dlatego, że Connie uderza we wszystkie struny, które zawsze chciały we mnie grać, a nigdy nie wiedziały jak. Mimo to, czuję i wierzę, że takich jak ja jest znacznie więcej, że są tu – w tym, patriarchalnym nadal, kraju i że tej książki i wielu podobnych chcą! Życzę tego nie tylko Wam, potencjalnym czytelniczkom, ale może nawet przede wszystkim sobie, bo chcę żyć wśród uduchowionych i przebudzonych kobiet, a co za tym (mam nadzieję!) również idzie – mężczyzn i chcę, co tydzień, czy miesiąc, móc zasiąść z Wami w Kręgu Snów i wreszcie doświadczać pełni rzeczywistości, pełni jej głębi i pełni jej potencjału.

O tym jak chciałam być chłopcem

p13810223_b_v8_aa

„Ania z Zielonego Wzgórza (Anne with an E)” Netflixa gruchnęła we mnie jak ostatnie wiosenne burze, które wyginają drzewa na podwórku i wylewają tsunami wody na okna, w nagłych podrygach. Mała, ruda, piegowata, wyszczekana 13-latka obudziła we mnie dziecięce i dziewczęce tęsknoty i żale, ale i napawała dumą z każdym odcinkiem. Dumą z tej małej istoty, której przekonanie o swoim miejscu na świecie nie może być zachwiane nawet przez największe dostępne jej autorytety. W tym XIX-wiecznym świecie, w którym miejsce kobiety wyznaczone jest ściśle przez twarde reguły, Ania dokonuje rzeczy niemożliwych – powiedziałabym, że czaruje rzeczywistość, a rzeczywistość czasem nawet daje się zaczarować.

Seria tak mocno mnie poruszyła, że przywołała wspomnienia z mojego własnego dziecińtwa i młodości. W tych wspomnieniach nie było Ani. Albo inaczej, Ania była – w głębokiej pogardzie. Moja starsza kuzynka kochała wszystkie książki Montgomery; a ja uważałam… właściwie sama nie wiem co uważałam, ale słowo „pogarda” obecne jest we wszystkich wzmiankach o Ani z Zielonego Wzgórza, aż do momentu obejrzenia serialu. Nie, Ania nie była dla mnie – czytałam wtedy „Kubusia Puchatka”, „Rekreacje Mikołajka”, czy „Chlopaka na opak”…

Nie inaczej, bo jakżeby mogłoby być inaczej, kiedy w wieku lat bodajże pięciu czy sześciu uznałam całkiem świadomie, że wolałabym być chłopcem. Może nie byłam odosobnionym przypadkiem, choć nie znam żadnego przypadku odwrotnego – chłopca, który w wieku lat sześciu wolałby być dziewczynką. Ja w każdym razie sądziłam, i byłam o tym przekonana, że moje życie byłoby lepsze gdybym była chłopakiem. Najlepiej chłopakiem o imieniu Krzyś, jak mój rok startszy kuzyn, wynalazca wszelkich zabaw, łamacz wszelkich reguł i najcudowniejszy kompan dziecięcych zabaw, za którym biegałam krok w krok przez dobrych parę lat. Krzyś otwierał dla mnie światy, których sama jako nieśmiała i trochę zalękniona dziewczynka nigdy bym nie odkryła.

Kolejne doświadczenia jedynie potwierdzały moje wczesnodziecięce podejrzenie, że w byciu dziewczynką nie ma nic zabawnego. To bardzo dziwne, ale do dziś pamiętam poniższy wierszyk, który czytać musieliśmy chyba w pierwszej czy drugiej klasie podstawówki. Na górze strony był obrazek chłopca wędrującego po dnie oceanu, któru wypowiadał się następująco:

Będę marynarzem na podwodnej łodzi

Po dnie oceanu będę sobie chodził

Obejrzę tam kwiaty, ryby różne cuda

(Ekh!) Do morskiej syrenki na obiad się udam

A kiedy odnajdę piratów skarb złoty

To ciekawą książkę napiszę Wam o tym

Czy to nie fascynujące, że pamiętam ten wierszyk po dwudziestuparu latach?! Jak myślicie co było pod spodem? No więc nie odpowiem na to pytanie, bo wierszyka o dziewczynce nie pamiętam. Może wyparłam w odruchu bezwarunkowym, ale jedyne zdanie które kołacze mi się po głowie do dziś, opatrzone obrazkiem sprzątającej mini-mamy to: „Będę po prostu mamą”.

Jak to?! Podróży i odkrywania światów nie będzie?! OK! To ja nie będę dziewczynką. A kobietą to już na pewno nie!

Walczyłam więc z trudnym do opanowania pragnieniem by posiadać piękne sukienki, całe szafy pięknych sukienek! Walczyłam z wszystkim co dziewczyńskie, czy to zachowanie, czy ubiór, czy zajęcie. Nie chciałam za nic w świecie odebrać sobie prawa do bycia odkrywcą (rodzaj męski zamierzony), więc postanowiłam zrezygnować z bycia kobietą.

W liceum, w obecności moich koleżanek byłam w stanie ogłosić wszem i wobec, że „wolę przyjaźnić się z mężczyznami, niż z kobietami”.  Moja (nadal) przyjaciółka z Holandii wypomina mi to do dziś!

W liceum też, na moje szczęście i na moją zgubę, pojawiły się Wysokie Obcasy, które dawały jakąś nadzieję na to, że można być kobietą i robić wszystko, jednocześnie boleśnie uświadamiając mi w jakim miejscu jako kobiety w Polsce jesteśmy i jak dużo jeszcze do zrobienia. Ale powoli zaczęły się przede mną otwierać inne przestrzenie, po liceum wyjechałam na studia do Francji, mogło być trochę lepiej.

Lepiej okazało się jednak lawirowaniem na linie zawieszonej nad przepaścią. Masz tu kawałek sznurka o średnicy dwóch centymetrów i znajdź sobie swoją przestrzeń na tym skrawku; tu jest twoje miejsce jako kobiety; to ci wolno, tego nie; to powinnaś, tego nie; czasem powinnaś zupełnie na odwrót – idź! Idź z godnością i gracją i nie spadnij! Jeden fałszywy ruch grozić będzie katastrofą – twoją wewnętrzną, albo twojego obrazu w oczach innych. Więc idź…

Przez długi czas udawałam, że płeć nie ma znaczenia, że mogę iść przez życie widząc ludzi, a nie kobiety i mężczyzn. Ale bańka, którą usiłowałam sobie stworzyć; przekonanie, które głosiłam i próbowałam do niego przekonać innych – wszystko to w końcu pękło pod naporem rzeczywistości, która coraz bardziej działała na mnie jak ten wierszyk powyżej.

Dzisiaj nadal chcę widzieć ludzi: kobiety i mężczyzn, z całym bogactwem ich postaw, osobowości, doświadczeń i emocji i próbuję tak patrzeć. Tylko łatwiej widzieć ludzi, gdy więcej wokół Ań z Netflixa, a mniej słabych czytanek.

%d blogerów lubi to: